Wsparty piwkiem i obecnością kumpla wyskoczyłem do Ediego na Battle Los Angeles w ramach sobotniego, robotniczo-chłopskiego odchamiania się. Nie ma nic lepszego jak mało ambitne kino rozrywkowe przed wypadem na piwo. Battle LA , to typowe do bólu amerykańskie kino flagi. Mamy tu sierżanta sztabowego – starego wiarusa, który ma zamiar odejść z wojska ale w obliczu zagrożenia zostaje i pilnuje niekompetentnego żółtodzioba, który dowodzi plutonem. W tle mamy typową zbieraninę wojskowych typów. Rzecz rozkręca się jak z podręcznika. Zaczyna się przyjemnym tąpnięciem, po którym dostajemy wprowadzenie i przedstawienie postaci. Nadmorskie miasta na całym świecie padają ofiarą desantu kosmitów. Wojna o surowce. Reszta filmu to bezlitosna napierdalanka poprzetykana patriotycznymi wstawkami-sucharami i patosem tak charakterystycznym dla Hollywoodzkiego kina wojennego. Polecam tu starą dobrą zabawę w wypijanie bani za każdym razem jak pojawia się w kadrze flaga lub dialog o obowiązkach wobec o...
Never before have so many people, with so little to say, said so much to so few (about RPG)